Dużo dyskusji wywołuje sprawa tajemniczych i tak naprawdę nie wyjaśnionych do końca zdarzeń związanych z uszkodzonymi torami w miejscowości Mika w powiecie garwolińskim. Władze zarzucały w związku z tym wydarzeniem Polakom nie wierzącym w oficjalną wersję, że powielają oni rosyjską narrację i w związku z samym zdarzeniem dezinformują opinię publiczną. Krytycy tego podejścia twierdzą natomiast, że dezinformację od początku uprawia rząd, który również podawał wersje, które były niespójne, a z drugiej strony wskazywały na to, że władze są niekompetentne, co przejawia się także w tym, że niekompetentne miały być służby, które miały po zgłoszeniu o słyszanych wybuchach na torach przyjechać, obejrzeć je późnym wieczorem dosyć niedokładnie, a później wrócić dopiero rano gdy ubytek na torach odkryli sami kolejarze.
Kim byli w końcu zatrzymani?
Oficjalna wersja rządu głosiła, że dwóch obywateli Ukrainy miało dokonać wspomnianego sabotażu oraz uciec z Polski na Białoruś. Nie byli to jednak tradycyjnie zwykli obywatele Ukrainy, którzy mieli szkodzić Polsce z bliżej nieznanych powodów, ale działali oni tradycyjnie na zlecenie Rosji. Wszystko to stwierdzono nie przesłuchując ich, gdyż fizycznie było to niemożliwe, a jedynym śladem miało być to, że jeden z nich miał być wcześniej skazany i to zaocznie za dywersję na terenie Ukrainy. Co też miało okazać się nieprawdą. To jednak nie był koniec dziwnych zdarzeń związanych z domniemanymi dywersantami. Zatrzymano bowiem kolejnych czterech… a jakże! Ukraińców. Jednak prokuratura miała nie znaleźć dowodów na winę ich w dywersji i zwolniła ich, co wzbudziło frustrację w ABW, gdyż zdaniem pracowników tejże służby były mocne dowody na ich udział w tym zdarzeniu. Zarzuty postawiono tylko jednemu w wypuszczonych, ale nie dotyczyły one dywersji, a ukrywania dokumentów. Jedna z osób które wypuszczono miał do tego przewozić podejrzanych, ale dano jej wiarę, że nie była świadoma w jakim celu ich przewozi.
Sprawka GRU
Jeden z ukraińskich portali twierdzi, że w Polsce aktu dywersji miano dokonać na polecenie GRU. “Za dywersją na polskiej kolei stali Jewhenij Iwanow i Ołeksandr Kononow, działający na polecenie oficera GRU Jurija Syzowa. Według śledczych ci sami ludzie byli powiązani z próbą ataku na ukraińską fabrykę dronów oraz przygotowaniami zamachów w kijowskich hipermarketach”. Operację miał im zlecić Jurij Syzof, który jest oficerem głównym GRU. To właśnie Iwanow miał być skazany zaocznie na próbę zamachu na fabrykę dronów. Borysenko także aresztowany za to, miał później zostać informatorem ukraińskich służb. Natomiast Iwanow oraz Kononow mieli się przedostać z Białorusi w celu dokonania dywersji na polskich torach. Później mieli uciec ponownie na Białoruś, za co otrzymali zarzuty i grozi im dożywocie. Obejmują one działanie na rzecz obcego wywiadu, sprowadzenie zagrożenia katastrofą w ruchu lądowym oraz użycie materiałów wybuchowych. Rodzi się więc pytanie dlaczego ukraińskie służby nie ostrzegły Polski przed możliwością przeniknięcia do Polski wyżej wspomnianych ludzi, którzy przyjechali do Polski na fałszywych paszportach, co wskazuje na niedokładne kontrole po naszej stronie. Drugie pytanie dotyczy dlaczego wypuszczono czterech zatrzymanych wcześniej Ukraińców, pomimo rzekomo mocnych dowodów przeciwko nim. Czy można zadać pytanie że jednak nie byli oni Ukraińcami od Putina i jedni mieli zwyczajnie przyjechać, zrobić swoje i uciec, a drugich trzeba było wypuścić, bo też nie mieli zostać zatrzymani? Jeśli tak, to kto w końcu dezinformuje, jeśli dzieją się rzeczy, które trudno nazwać przypadkami, łącznie z rzekomymi wybuchami, które gdy pokazano miejsce zdarzenia nie wyglądały jak po wybuchu, a do tego żaden pociąg się nie wykoleił.




