W powietrzu głusi, ślepi i bezradni

Incydent z dronem w Polsce

Piotr Wołczyk w najnowszym wydaniu “Do Rzeczy” analizuje popłoch oraz obnażenie się polskich władz po tym jak na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej nie pierwszy raz doszło do incydentu, tym razem prawdopodobnie z dronem, który eksplodował na szczęście w polu kukurydzy, choć spowodowało to pozbawienie okien w zabudowaniach znajdujących się kilkaset metrów od budynku oraz uszkodzeniem dachu. Tym razem nie było ofiar z ludziach jak zdarzyło się to w Przewodowie, co było wynikiem tego, że do Polski wleciała nie wiadomo z jakiego powodu ukraińska rakieta, prawdopodobnie będąca elementem tarczy antyrakietowej. Autor przytacza różne wypowiedzi ekspertów, którymi są generałowie bądź eksperci od spraw militariów, mówiących zgodnie, że to zdarzenie nie pierwszy raz obnaża nasz brak zdolności do obrony przed wlatującymi na nasz teren nie tylko rakietami ale i dronami, które ciężko jest nie tylko wykryć ale i zestrzelić. Do tego choćby gen. Leon Komornicki krytykuje bezmyślne przyznanie się do braku wiedzy na temat tego dronu przez władze państwowe, które oznajmiły że nic nie widziały na radarach. Różne wersje zdarzenia oraz histeryczna narracja o rosyjskiej prowokacji pomimo, że nie przeprowadzono solidnego śledztwa oraz nie wiedziano co tak naprawdę spadło i skąd przyleciało dodatkowo kompromituje nasze władze.

Jak zwykle do tyłu z obroną

Już na początku artykułu autor przytacza jeden z pomysłów jaki miałby być wdrożony w system obrony przed takimi zagrożeniami. Program “Barbara” kosztujący prawie mld dol miałby zabezpieczać Polskę przed dronami gierani, które Rosja w ostatnich latach szybko rozwinęła do swoich celów. Program ten to cztery balony monitorujące przestrzeń powietrzną przy wschodniej oraz północnej granicy Polski. Z tymże wszystko może zostać wdrożone za dwa lata. Cytowany natomiast Andrzej Kiński z “Wojska i Techniki” tłumaczy, że samo wykrywanie dronów nie jest łatwym zadaniem. Dotyczy to wszystkich krajów, także tych najlepiej wyposażonych w najnowocześniejszy sprzęt. Ciężko wykryć takie drony, które lecą nisko nad ziemią, więc gdyby chciano je wykrywać na niskim pułapie to należałoby ich ustawić kilka tysięcy, gdyż zasięg wykrywania ich na małych wysokościach ogranicza się do kilkunastu km. Kwestia kosztów wyklucza więc taką możliwość. Rozwiązanie zdaniem autora to wspomniany system “Barbara” oraz samoloty wczesnego ostrzegania. Autor pokazuje przykład zakupu od Szwedów dwóch Saabów 340 AEW, które jednak miałyby zaledwie drony wykrywać, ale ich nie zestrzeliwać. Sama natomiast obrona przeciwlotnicza jest obiektowa, a nie chroniąca całą przestrzeń w Polsce.

Istnieją możliwości

Zastanawia mocno brak troszczenia się o bezpieczeństwo kraju jeśli artykuł wskazuje na to, że Polska ma możliwości aby zabezpieczyć swoje niebo przed zagrożeniami dronowymi. Gdyńska firma APS produkuje systemy antydronowe, skutecznie wykorzystywane na Ukrainie. Zwraca uwagę na to cytowany gen. Leon Komornicki mówiący o tym, że priorytetem powinna być obrona powietrzna na każdym poziomie. Takie zestawy w Polsce też istnieją dzięki przenośnym, przeciwlotniczym zestawom rakietowym Piorun. Jeśli jednak tak jest to dlaczego nie są w zastosowaniu i dlaczego nie pierwszy raz nasza obrona jest zaskakiwana. W efekcie budowanej od ponad dekady obrony powietrznej Polska ma do dyspozycji osiem baterii patriotów, z czego dwie zaledwie odebrała. Razem są to 64 wyrzutnie. Obecnie więc stać nas na obronę stolic. Do tego rozwijamy programy Narew oraz Pilica. Wszystko ma być wpięte w wyspecjalizowany system dowodzenia IBCS, który by automatycznie wskazywał, które stanowisko ogniowe miałoby być wykorzystane. Jest jeszcze baza w Redzikowie, ale jak słusznie zaznacza autor, w pełni kontrolują ją Amerykanie. Są tam 24 rakiety SM-3 Block IIA. Zwalczać one mogą rakiety balistyczne w odległości do 3 tys. km. Z jednej strony nie jesteśmy w połowie drogi budowy całego systemu, ale co ciekawe na tle wielu państw NATO wyglądamy o wiele lepiej.

Systemy nie wystarczą

Oprócz jednak tego typu systemów zwraca się uwagę na konieczność zapewnienia ogromnych ilości amunicji do zwalczania obiektów latających. Na Ukrainie wystarczy chmara gierani aby paraliżować systemy przeciwlotnicze Ukrainy. Problemem jest to, że same takie zestawy są o wiele droższe o dronów które nadlatują. Sam przykład Ukrainy wskazuje na spadającą skuteczność w zestrzeliwaniu takich dronów. Szczególnie że Rosja szybko rozwinęła swoje możliwości w tej dziedzinie. Do tego obecnie gieranie latają na dużych wysokościach co tym bardziej utrudnia zestrzeliwanie ich przez grupy strzeleckie. A to powoduje błędne koło, gdyż należy używać do zestrzeliwania tych dronów drogich rakiet. Autor słusznie podkreśla konieczność zwrócenia uwagi na umiejętność wyciągania wniosków przez Rosję i szybkie dostosowywanie swoich możliwości do nowych metod walki. Krytycznie w związku z tym odnosi się do prób wyśmiewanie rosyjskiej generalicji. Rosja jest w stanie obecnie produkować 170 gierani dziennie i 6 tys. miesięcznie. Co też obniża ich koszty produkcji. We wniosku zawarta jest refleksja informująca, że świetne radary i mnóstwo wyrzutni to za mało abyśmy byli gotowi na konfrontację z Rosją, bo trzeba mieć dostęp do ogromnej ilości amunicji, która miałaby strącać rosyjskie drony. Pomija się tutaj najważniejszy aspekt. Zamiast próbować budować całe systemy obrony powietrznej, które i tak będą dziurawe, nieskuteczne, hołdując zasadzie “chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”, powinno się zwyczajni zacząć z Rosją rozmawiać. Będzie do jednak coraz trudniejsze, bo ta wyraźnie traci zainteresowani niedojrzałym Zachodem, do którego Polska chce usilnie należeć i coraz bardziej utrwala więzi ze Wschodem i Globalnym Południem, czego przejawem jest szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Chinach. Dyplomatyczna amunicja może bowiem okazać się dla Polski najskuteczniejsza.

Dodaj komentarz

Related Post