Jednym z powodów, który miał być dla Polaków tym uzasadniającym wybór Koalicji Obywatelskiej, by mogła ona rządzić przez następną kadencję było jej zapewnienie, że odblokuje ona środki z Krajowego Planu Odbudowy, które miały być zablokowane przez to, że nieudolne rządy miał sprawować PiS. Poprzednicy mieli być ponoć eurosceptyczni, straszono że będą chcieli dokonać Polexitu, a do tego miał dochodzić brak “praworządności”. Wszystkie te problemy zniknęły i nowa władza spowodowała że KPO miało popłynąć do Polski szerokim strumieniem, co skończyło się ujawnieniem ogromnych sum pieniędzy, które miały być legalnie przyznane na rzeczy mało pożyteczne, co doprowadziło do afery i w efekcie oburzenia ze strony Polaków. Kolejna transza tych pieniędzy wpłynęła do Polski w grudniu. Trzecia transza wyniosła 6,2 mld euro, czyli 26 mld zł. Minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz ogłosiła, że w 2 lata otrzymaliśmy prawie 100 mld euro, co dla wielu w wyobrażeniu oznacza, że pieniądze dostaliśmy w prezencie za darmo, choć przecież wcale tak nie jest.
Rok czekania na kredyt
Jak możemy się dowiedzieć na portalu “Kresy.pl”, wniosek, który rozpatrzono pozytywnie “obejmuje inwestycje i reformy w takich obszarach jak poprawa efektywności energetycznej gospodarstw domowych, planowanie przestrzenne, rozwój energetyki odnawialnej – w tym morskiej, rozbudowa sieci 5G, cyberbezpieczeństwo, bezpieczeństwo transportu, kształcenie zawodowe, gospodarka o obiegu zamkniętym oraz standardy opieki nad dziećmi i opieki długoterminowej”. Wniosek o przyznanie tych pieniędzy wpłynął z Polski w grudniu ubiegłego roku. Trzeba było czekać na te pieniądze rok czasu, ale co mogłoby wywołać wśród entuzjastów Unii Europejskiej i programów pomocowych zaskoczenie, pieniądze te to przecież nie jest darowizna dla naszego kraju, a kredyt który trzeba będzie spłacić. Zarówno kredyt jak i spłata jego to pieniądze wcześniej wyciągnięte z naszych kieszeni. Nie raz mówiono powołując się na Margaret Thatcher, której kult zapewne wyznaje wielu entuzjastów Unii Europejskiej, że rząd nie ma własnych pieniędzy, tak samo swoich pieniędzy nie ma Unia Europejska, ale ma składki oraz kary ściągane od krajów członkowskich.
Może wzrosnąć zadłużenie
Entuzjazm związany z tym, że chwalono się ogromnymi kwotami jakie Unia miałaby nam dać w ramach KPO, jest teraz po cichu chłodzony gdyż, jak podała “Rzeczpospolita”, “Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO) może w nadchodzących latach poważnie wpłynąć na sytuację finansową Polski. Gazeta podaje, że realizacja unijnego programu zwiększa zadłużenie w ujęciu unijnym o około 100–120 mld zł, co stanowi równowartość 3 punktów procentowych PKB”. Mówiąc brutalnie – za KPO trzeba będzie słono zapłacić. Dlatego też we wrześniu miano redukować część pożyczkową aż o ponad 5 mld euro. Rosła bowiem presja na finanse publiczne oraz ograniczony margines bezpieczeństwa fiskalnego. Prognozy ministra Domańskiego są natomiast niepokojące. Pod koniec 2026 r. dług publiczny Polski ma wynieść 66,8 proc. PKB. Bez KPO byłby on niższy o 3 proc. To oznacza dodatkowo zbliżenie się do progu ostrożnościowego. Ogólnie wyrażana powszechna radość polityków w mediach, którzy podawali ogromne kwoty jakie będą nam przyznane oznaczały realnie radość z tego, że będziemy przekraczać kolejne bariery zadłużania kraju, na wiele pokoleń. Hamowanie części pożyczki, to tylko ulżenie w małym stopniu choremu pacjentowi, który jest w ciężkim stanie.




