Mateusz Mazzini w najnowszym wydaniu “Przeglądu” wskazuje na fakt, że wybór kobiety na premiera rządu Japonii jako przełamanie stereotypu będącego typowym dla tego kraju to tylko nieistotny szczegół mający odwracać uwagę od istotniejszych zmian, których symbolem może być właśnie nowa szefowa rządu Sanae Takaichi. Nazywana ma on być na wzór Margaret Thatcher “Żelazną Damą”, gdyż ma zamiar wprowadzić nową jakość polityczną czy też nowy projekt, nowe ramy instytucjonalne rządzenia krajem. Łączyć ma ją z Thatcher oprócz bycia pierwszą kobietą na tym stanowisku także zamiłowanie do deregulacji oraz chęci ograniczenia zasięgu działania instytucji państwowych.
Najlepsze za sobą
Zdaniem autora Japonię ma łączyć z Wielką Brytani poczucie tego, że mają oni najlepszy okres za sobą. Obecny stan Japonii cechuje stagnacja gospodarcza zestawiona z olbrzymim wzrostem gospodarczym sprzed kilkunastu lat. A to owocować myślami na przyszłość, że będzie gorzej, trudniej, drożej. Tak jak industrializm w Wielkiej Brytanii oparty na kopalniach i przemyśle ciężkim, tak i władza korporacji w Japonii są obecnie na wyczerpaniu. Gdyż czeka je automatyzacja. Wyborcy opierają się na fakcie, że to co działało przez dekady obecnie nie przynosi już rezultatów, dlatego też odzwierciedla to obecną sytuację, że premierem została kobieta, a nie fakt że należało wreszcie dać szansę płci pięknej. Jest to zwyczajnie odpowiednia osoba do tej roli.
Antagonistka Chin
W artykule można dowiedzieć się, że od zmian tożsamościowych bądź faktów, że nowa premier jest fascynatką heavy metalu czy też perkusistką ważniejszym jest to, że jest on antagonistką Chin. Oprócz tego ma poglądy antyimigranckie. To też powoduje że ostatecznie wygaszać ma ona umiarkowaną orientację LDP czyli Partię Liberalno-Demokratyczną, która jest macierzystym ugrupowaniem Takaichi. Ona sama ma złamać zasadę, która obowiązywała w Japonii, polegającej na spotykaniu się najpierw z przywódcami azjatyckimi i spotkać się z Trumpem, który przyjechał do Japonii z wizytą, oświadczając światu że “jeśli znajdziemy się w stanie wojny, to ją wygramy”. A wszystko dlatego, że także Japonia ma to robić ze względu na chęć uniknięcia katastrofy handlowej. Relacja bilateralna ze Stanami Zjednoczonymi ma polegać na podniesieniu japońskiego budżetu obronnego. Jest ona świadoma tego, że Trump tym bardziej może zagrozić Japonii rewanżyzmem w zakresie ceł, gdyż Japonia ma nadwyżkę handlową z państwem Trumpa.
Chęć zrobienia dobrze Ameryce
Oprócz zwiększenia budżetu na obronność japońska premier ma zamiar zwiększyć import ze Stanów Zjednoczonych, co miało być jednym z żądań Trumpa. Dotyczyć by to miało soi, gazu ziemnego ale również amerykańskich ciężarówek oraz pick upów. Zdziwienie faktem importu samochodów ze Stanów Zjednoczonych może jednak ustąpić faktowi, że Japonia ma z Ameryką nadwyżkę w wysokości 70 mld dol. Oprócz tego dotychczas Japonia została obłożona łaskawie zaledwie 15 proc. cłem. Oprócz tego Japonia ma przestrzeń do negocjacji gdyż wzrósł eksport o 4,2 proc. rok do roku. To jednak nie przekłada się na wzrost eksportu do Stanów Zjednoczonych, gdyż ten spadł o 13 proc. Japonia jest więc typowym przykładem ofiary wojny handlowej, która ma zwiększyć import z USA, być posłuszna feudalnych stosunkach bilateralnych oraz wziąć większą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo.
Adekwatny odsetek wydatków na obronność
Zdziwić może niektórych przyzwyczajonych do poziomu wydatków na obronność w krajach NATO-wskich fakt ile wydaje na tą dziedzinę Japonia. Wynosi on obecnie ledwie 1,4 proc. PKB. Autor zwraca uwagę, że Japonia przecież sąsiaduje z tzw. nową osią zła czyli Chinami, Rosją czy Koreą Północną. Ale Japonia jest państwem konstytucyjnie niezdolnym do posiadania konwencjonalnej armii, co jest warunkiem powojennej kapitulacji oraz odbudowy. W samej Japonii do tego znajduje się 50 tys. amerykańskich żołnierzy oraz członków personelu wojskowego, którzy są rozsiani po 15 bazach w całym kraju. Trump jednakże co powszechnie wiadomo nie jest zainteresowany utrzymywaniem tychże baz w Azji. Dlatego też Takaichi chce zaproponować Trumpowi podniesienie wydatków do 2 proc. PKB. Tu do tego wszystko zależy od bilateralnych umów, zamiast jak w Europie multilateralnych gwarancji bezpieczeństwa w ramach NATO. Autor stawia wniosek, że rząd Japonii pozbawiony wsparcia musi się ugiąć pod naciskami Trumpa.
Kluczowe zagadnienia – polityka zagraniczna oraz bezpieczeństwa
W kontekście tego, że Chiny prowadzą ekspansję handlową, militarną oraz mają nadprodukcję przemysłową, to stanowią realne zagrożenie dla Japonii na wielu frontach. W związku z tym zdaniem Mazziniego musi ona zająć stanowisko w obszarach polityki zagranicznej oraz bezpieczeństwa. Premier Japonii ma być w stosunku do Chin “jastrzębiem”. A to jednak ma być niezbyt korzystne dla Trumpa, gdyż on nie ma pomysłu na Chiny. To może spowodować, że Japonia swoją konfrontacyjną postawą mogłaby wymusić zajęcie stanowiska przez Trumpa. Sama premier natomiast jest konserwatystką, która sprzeciwia się masowej imigracji. A to oznaczać ma ukłon w stronę partii Sanseito. Okazuje się, że również tam istnieje coś takiego co można nazwać antysystemem, która powstał podczas covidowego zamordyzmu. Sprzeciwiała ona się wobec obostrzeń, przymusu szczepień, a obecnie ma ona w parlamencie 14 posłów, zamiast jednego jak to było w poprzedniej kadencji. Autor twierdzi, że wyczerpał się paradygmat demokracji, zasadzonej na fundamentach z lat 50-tych XX w. i dlatego właśnie może nastąpić odejście od centryzmu, który przestaje już trafiać do typowego japońskiego wyborcy.




