Instynkt samozachowawczy istnieje

Instynkt samozachowawczy polskiej polityki wobec Rosji

Wydaje się, że polskojęzyczne władze używają w praktyce politycznej wyłącznie emocji, które górują nad rozumem i mogą w ostateczności spowodować wciągnięcie naszego kraju do wojny. Coraz więcej czynników wskazuje na to, że jednak werbalna agresja stoi w rozbieżności z realnym działaniem, które kończy się właśnie na tym, że polscy politycy jedynie protestują (przeciwko rosyjskiej agresji, rosyjskiemu ludobójstwu, porwaniom dzieci, imperializmowi). Ewentualnie zdarza się, że w ramach kampanii wyborczej jeden z nich powie, że “wgnieciemy Putina w ziemię”. Jak to powiedział jeden z polityków PO – “co szkodzi obiecać”. Bo przecież, tego typu wypowiedzi przywódca jednego z najpotężniejszych państw świata może nawet nie zauważyć. Pominąć można propozycje różnych emerytowanych generałów czy ekspertów, mówiących o atakowaniu Królewca czyli Kaliningradu, zajmowaniu Mińska czy też pogodnieniu Rosjan za Ural. Ci ludzie na szczęście nie rządzą, więc to także pozostaje jako coś z działu bardziej kabaretowego niż poważnego. A jednak wiele wskazuje na to, że Polska klasa polityczna przez ponad 3 lata drugiej fazy wojny na Ukrainie zachowuje rozsądek i pokazuje, że nie jest jej obcy instynkt samozachowawczy i potrafi się wznieść ponad uprzedzenia i podziały.

Konsekwentnie przeciwko wojskom na Ukrainie

Wydaje się, że Polska wspierając Ukrainę w uzbrojeniu, finansowaniu wojny, wspomaganiu benzyną, prądem, w końcu także płaceniu za pobyt Ukraińców w Polsce płaci coś na zasadzie okupu aby samej nie dać się wciągnąć do wojny pomimo różnych już zdarzeń mogących nas do tej wojny wciągnąć. Pierwszym z nich była kwestia wysłania przez Polskę MIG-ów na Ukrainę z polskich lotnisk. Już wtedy było widać racjonalne zachowanie PiS-owskich władz. Piotr Muller, będący wtedy rzecznikiem rządu powiedział, że “nie ma polskich MiG-ów na Ukrainie. Chciałbym uspokoić, bo pojawiły się informacje, że z polskich lotnisk mają startować samoloty w celach bojowych. Dementuję te doniesienia”. Stwierdził on także pytany o to, czy polskie samoloty trafią w przyszłości na Ukrainę, że “nie ma takiej decyzji. Tak samo jak nie ma decyzji o tym, żeby startowały samoloty w celach bojowych na teren Ukrainy”. Widać było, że zdawał sobie sprawę czy grozi oficjalne przyznawanie się, że do czegoś takiego miało dojść. Z międzyczasie z propozycją wysłania wojsk “pokojowych” na Ukrainę miał wyjść Jarosław Kaczyński, na szczęście ten temat nie został podjęty. Później z resztą wielokrotnie odmawiał tego zarówno premier Donald Tusk jak i obecnie w Helsinkach to samo powiedział prezydent Karol Nawrocki. Z resztą prezydent Duda podczas rozmów z dwoma pranksterami podszywającymi się pod Emmanuela Macrona powiedział, że w sprawie rakiety w Przewodowie nie ma zamiaru rzucać oskarżeń, które mogą okazać się niesłuszne, tak samo jak zapewnił, że nie chce wcale żadnej wojny z Rosją. Po zakończeniu drugiej kadencji przyznał się w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim, że rakieta w Przewodowie była dla Żełeńskiego pretekstem aby wciągnąć Polskę do wojny.

Białoruś pomogła, Polska współpracowała

Obecne zdarzenia z dronami, które w rekordowej liczbie przedostały się na teren Polski, powodując nawet straty materialne, ale na szczęście nie ludzkie również pokazały, że pomimo różnych negatywnych zdarzeń pomiędzy Białorusią, a Polską muszą istnieć tajne kanały kontaktowe, które w tak kryzysowych momentach są uruchamiane. A przecież istnieje już między obydwoma krajami niemalże żelazna kurtyna. Najpierw 5 lat temu Polska nie pierwszy raz próbowała ingerować w białoruskie wybory prezydenckie, w odpowiedzi Białoruś zrewanżowała się kryzysem migracyjnym, trwającym co dnia dzisiejszego. Ostatnio natomiast doszło najpierw do odmowy przez ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, który nie miał zamiaru rozmawiać ze stroną białoruską na temat unormowania wzajemnych stosunków. Do tego doszła decyzja premiera Tuska o zamknięciu ostatniego przejścia granicznego z Białorusią. Na tym tle jednak znów okazuje się, że Polska wykazuje się nie szaleństwem jak wydaje się w powierzchownej ocenie, ale rozsądkiem i chęcią współpracy w sytuacji zagrożenia. Dowodem na to jest wypowiedź majora Pawła Muraveyko, który powiedział, że śledzono cały czas drony podczas wymiany rosyjsko-ukraińskiej. Białorusini nie tylko zestrzelili część dronów nad swoim terytorium ale także oznajmił, że “nasze służby dyżurne i sprzęt wymieniały się informacjami o środowisku powietrznym i radiolokacyjnym z dyżurnymi i wyposażeniem Polski i Republiki Litewskiej. Tym samym powiadamiając ich o podejściu nieznanych samolotów do ich krajów. To pozwoliło polskiej stronie szybko zareagować na działania dronów, wynosząc swoje siły dyżurne w powietrze”. Aby jeszcze było ciekawiej dodał on, że “żeby być sprawiedliwym, warto zaznaczyć, że strona polska poinformowała również białoruskie kalkulacje bojowe wojskowe dotyczące podejścia niezidentyfikowanych samolotów z terytorium Ukrainy do granicy Republiki Białorusi”. Jakby tego było mało, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski proponujący niedawno aby zestrzeliwać rosyjskie rakiety nad terytorium Ukrainy z polskiego terytorium, oświadczył że obecna prośba aby robić to z terytorium Polski w stosunku do rosyjskich dronów jest tylko prośbą i nie zapadły w związku z tym żadne decyzje. Czyżby jednak za maską “szaleńców” gotowych wciągnąć nas do wojny kryją się rozsądni ludzie, którzy w najważniejszych momentach pokazują, że instynkt samozachowawczy zwycięża?

Dodaj komentarz

Related Post