Redaktor naczelny Neue Zürcher Zeitung Erik Gujer pisze, że wojna nuklearna w Europie nie jest tak niemożliwa jak się niektórym zdaje. Porównuje on obecne doświadczenie Europy do tego z lat 50-tych XX w. Kontynent był słaby i dysponował obroną nuklearną przed atakiem. Obecnie Europa wysyła broń oraz pieniądze, a Ukraina walczy i wszystko to wydawało się bardzo wygodne, z tymże doszło do sytuacji rozlania się konfliktu na teren NATO jego zdaniem. A to oznacza jego zdaniem fikcyjny podział na strefę walk oraz odpoczynek. W opinii autora latające drony w większej ilości to nie przypadek, a chodzi o destabilizację oraz zastraszenie Europy przez Putina. Unia Europejska natomiast zamiast problem rozwiązywać, zamiata go pod dywan. Mur przeciw dronom porównuje on nie do bastionu, a sera Emmentalera. Południowcy nie chcą uczestniczyć w tym, a na północy przeszkadza biurokracja oraz skomplikowane przepisy.
Polska, Niemcy i Dania nieprzypadkowo na celowniku
Autor twierdzi, że drony to tylko kolejny sygnał rozwoju wydarzeń, które mogą doprowadzić do wielkiej wojny. Putin ma jego zdaniem chcieć podzielić NATO, świadomy tego że nie wygra wojny konwencjonalnej z sojuszem. Niemcy wybrane są dlatego, że najgorliwiej popierają Ukrainę, Dania wydaje najwięcej pieniędzy na pomoc w stosunku do PKB, natomiast Polska ostrzega przed rosyjskim zagrożeniem i nikt nie zbroi się tak aktywnie jak Polska. Do tego to największy węzeł logistyczny dla zachodnich dostaw. Dlatego uważa on, że przekaz jest jasny – im bardziej pomagasz Ukrainie, tym jesteś poddany większemu niebezpieczeństwu.
Nigdy nie przetestowany artykuł 5
NATO miałoby się opierać na zasadzie “jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Zaatakowany kraj miałby się liczyć z pomocą, której udzielić by mieli pozostali członkowie sojuszu. Gujer dodaje jednak, że nigdy nie przetestowano tego artykułu w praktyce.
Przypomina on zdarzenie z 1961 r. gdy na Checkpoincie Charlie w Berlinie starły się czołgi amerykańskie i radzieckie. Nie padł wtedy żaden strzał, rozważa on natomiast czy Stany Zjednoczone obroniłyby wtedy Berlin Zachodni i przystały na III Wojnę Światową. Putin natomiast tą dwuznaczność miałby chcieć wykorzystać, bo ma dobre warunki do tego. Trump zdradza to kapryśnością wobec NATO, natomiast Europa nie mają także jednoznacznego stosunku do niego. Autor zadaje więc pytanie czy Niemcy weszłyby do wojny, gdyby Rosja zajęła skrawek państwa bałtyckiego i zagroziła użyciem broni jądrowej. W jego opinii Niemcy by się zastanowiły gdyby miały wybierać między kapitulacją, a wojną nuklearną. Widzi on obecnie ze względu na większe zdecydowanie i gotowość do poświęceń większą dominację eskalacyjną Kremla.
Niemcy bezradni w powietrzu
Wiara Putina w to, że zniszczy NATO, a Amerykanie zostaną wypchnięci z Europy może zdaniem autora oznaczać, że nie zatrzyma się on na krajach bałtyckich. Niemcy jako wiodąca siła jest zarazem w jego opinii bardzo wrażliwa. Nie istnieje bowiem obrona powietrzna. Kraj ten nie ma rakiet średniego zasięgu do kontrataku, natomiast tym bardziej nie ma mowy o broni nuklearnej do odstraszania. Jednak wskazuje on na to, że nikt nie uwierzyłby 5 lat temu że nad Niemcami będą latały sobie drony, bądź Rosja zajmie dalsze tereny Ukrainy. Dlatego branie sprawy rozszerzenia się konfliktu na dalsze rejony, tym razem będące terenami objętymi “ochroną” NATO jako sprawy tylko prawdopodobnej uważa on za lekkomyślność. Z większą dozą prawdopodobieństwa można brać to, że obejdzie się bez stanowczej reakcji głównych państw NATO, a być może ciężar walk weźmie na siebie Polska i wymieraty.




