Keir Starmer chciałby wskrzesić pomysł Tony’ ego Blaira dotyczący cyfrowych dowodów osobistych, a więc de facto cyfrowych smyczy dla obywateli. Tego samego Blaira, który 22 lata temu wysłał swoje wojska do Iraku, po tym jak okłamano opinię publiczną w związku z oskarżeniami wobec Saddama Husajna, który miał rzekomo ukrywać w swoim kraju broń masowego rażenia. Sam Starmer natomiast obecnie prezentuje się jako jeden z kilku członków “koalicji chętnych”, a więc zespołu państw, pragnących podtrzymywać wojnę na Ukrainie. Do kraj, którego przywódcą jest Starmer praktykuje powszechnie karanie ludzi za wpisy w internecie. Oficjalnym argumentem, który miałby usprawiedliwiać taki pomysł jest potrzeba zwalczania nielegalnej pracy i imigracji oraz ułatwianie dostępu do usług.
Wbrew argumentowi konserwatystów
Pomimo, że od pomysłu Tony’ ego Blaira minęło 21 lat, on także cały czas miałby być zaangażowany w najnowszy projekt. Jego Tony Blair Institute lobbował za tym pomysłem. O tym, że pomysł wychodzący od tego człowieka miałby wzbudzać duże wątpliwości świadczy fakt, że jednocześnie jest on przymierzany do objęcia funkcji szefa Międzynarodowego Przejściowego Zarządu nad Gazą. Jako, że wkroczono w erę smartfonów, to po tylu latach próbuje się wrócić z pomysłem, choć nadal nie korzysta z internetu 1,7 mln ludzi powyżej 74 roku życia. Mówi się o tym, że sprzeciw społeczny byłby mniejszy, ale dużo osób byłoby wykluczonych cyfrowo gdyby jednak takie dowody wprowadzono. Naturalnie instytut Blaira odpowiedzialnego za wywołanie wojny oraz chętnego do tego aby być szefem skolonizowanej Gazy argumentuje, że cyfrowe dowody tożsamości „zapewniają uczciwość, kontrolę i wygodę w codziennych interakcjach między ludźmi i z państwem”. Konserwatyści Davida Camerona twierdzą, że takie podejście oparte na dowodach osobistych to „najgorszy z możliwych sposobów – natarczywy, nieskuteczny i niezwykle kosztowny”.
Za i przeciw
Tego typu pomysły zdają się mieć strony pożyteczne jak i te, które wskazują na szkodliwość tego projektu. Miałoby to likwidować luki prawne przy wykorzystywaniu ich przez gangi zajmujące się handlem ludźmi. Miałoby to także zniechęcać do nielegalnej imigracji, a także przyspieszyć interakcję obywateli z rządem. Dochodzić ma do tego ograniczenie liczby błędów oraz oszustw związanych z tożsamością. Wreszcie co najbardziej kontrowersyjne, a zarazem absurdalne – miałoby to zwiększyć zaufanie do państwa jako bardziej elastycznego i reagującego. To jednak stoi w sprzeczności z podstawowym kontrargumentem czyli brakiem prywatności. Wiąże się to z udostępnianiem ogromnej ilości danych. Szczególnie George Orwell, będący przecież Brytyjczykiem powinien jako autor “Roku 1984” być symbolem ostrzeżenia przed przyzwoleniem na takie coś. Obawa polega na tym, że “informacje te mogłyby zostać połączone, przeszukane i przeanalizowane w celu monitorowania, śledzenia i profilowania ludzi”. Mówi się o niebezpieczeństwie naruszania naszego bezpieczeństwa, praw i wolności. Choć tradycyjnie jak w każdym innym przypadku mówi się o “bezpieczeństwie” jako głównym argumencie do wprowadzania kolejnych narzędzi inwigilacji społeczeństw, nie tylko przecież w Wielkiej Brytanii. Innym argumentem jest też to, że może to być kolejny raj dla hakerów.
Nie ma nic za darmo
Sensownym argumentem jest również ten podnoszony przez konserwatystów, że projekt będzie kosztowny. Liberałowie lubią powoływać się na Miltona Friedmana, który mówił o tym, że “nie ma darmowych obiadów”, także ten system “cyfrowej dobroci” miałby być kosztownym projektem. Sam Instytut Blaira przyznał, że system ma kosztować 1 mld funtów, a roczne utrzymanie miałoby wynieść 100 mln funtów. Jak słusznie spostrzega redaktor Robert Booth “nie trzeba być cynikiem, żeby obawiać się, że koszty te mogą gwałtownie wzrosnąć”. Wyliczenie Stowarzyszenia Dostawców Weryfikacji Cyfrowej “oszacowało, że wprowadzenie obowiązkowego krajowego systemu identyfikacji będzie kosztować ponad 2 mld funtów”. Projekt BritCard natomiast zakłada, że miano by wydać na to od 140 do 400 mln funtów i zaledwie 10 mln funtów rocznie na utrzymanie. Kolejną zaletą tego mogłyby być więc niskie koszty przy ogromnym zadłużeniu kraju. Przygotowanie do tego typu pomysłów było wdrażane w 2020 r. choćby w Polsce, gdzie chorym na covid-19 ludziom, których bezprawnie uwięziono w domach nakazano montować w telefonach aplikacje, będące cyfrowymi smyczami, które miały wskazywać czy śledzony przez aplikację uwięziony obywatel jest w domu. Potwierdzać musiał to zdjęciem oraz pokazaniem się w oknie gdy przyjechała sprawdzić obecność w domu obywatela policja.




